poniedziałek, 18 marca 2013

Gra Pozorów - I "Kości Zostały Rzucone"


Mijał kolejny nudny weekend spędzony na kanapie przed telewizorem. Z całego pakietu kanałów, żaden nie oferował godnego uwagi programu, który sprawiłby, że Joonmyeon przestałby przysypiać, co pięć minut. Nie pamiętał, kiedy ostatnio zrobił coś pożytecznego dla siebie bądź innych leniąc się całymi dniami. Nawet praca przestała go satysfakcjonować, jednak to był jedyny powód, dla którego w ogóle wychodził z domu.
Kuchnia była w stanie nietkniętym od prawie miesiąca i nie wyglądało na to, żeby cokolwiek miało się zmienić w najbliższym czasie, a opakowania po jedzeniu na wynos budowały spory stos przy drzwiach. Zdawało się, że Joonmyeon zapomniał o aurze przytulnego domu, gdzie jedzenie przygotowane własnoręcznie lepiej smakowało niż to z plastikowych pojemników, a porządek w mieszkaniu sprawiał, że aż miło było przebywać w nim.
Kiedy się tak zatracił?
Zastanawiał się, czemu on, Kim Joonmyeon, człowiek, który osiągnął tak wiele w życiu teraz wygląda jak wrak człowieka bez nowych celów do osiągnięcia, czy zwykłej determinacji by wyleźć rano z łóżka i ubrać się schludnie tak jak dawniej. Zawsze przyciągał uwagę kobiet, kiedy kroczył w swym ulubionym garniturze do pracy bądź, gdy zakładał zwykłe jeansy i sweterek w serek, ponieważ na jego twarzy gościł ten promienny i pełen życzliwości uśmiech. Bez dwóch zdań miał pieniądze, urodę, sportowy samochód jednak stracił gdzieś po drodze szczęście i to pozwoliło mu się stoczyć na dół. Nawet nie uśmiechał się jak kiedyś, a twarz zawsze przybierała pozbawioną emocji maskę.
Klucz do jego upadku na pewno znajdował się gdzieś i może jakby go znalazł, mógłby spróbować powrócić na dawną drogę, jako spełniony człowiek.
W przerwie na reklamy znalazł chwilę by się podnieść z kanapy i podreptać po raz pierwszy od dłuższego czasu do kuchni. Pomieszczenie było przestronne i jasne, ponieważ światło wpadało do środka przez trzy duże okna rozciągnięte na ścianie prostopadłej do tej z wejściem i rozświetlało jeszcze bardziej biel ścian i mebli. Ciemno brązowe kafelki tworzyły prosty pattern wraz z mniejszymi, kremowymi układając się na wzór szachownicy. Po środku kuchni stał blat kuchenny, który pełnił też rolę barku, chowając w swoim wnętrzu niezliczoną ilość butelek z najwykwintniejszymi alkoholami świata, którym przeznaczone było pozostanie w zamknięciu przez długi czas, bądź na zawsze. Joonmyeon nie kwapił się do ich wypicia, woląc zaspokajać się zwykłą wodą bądź mlekiem. Butelki stały tam by pełnić rolę ozdoby i chluby mieszkania, kiedy przychodzili goście, nawet, jeśli jakaś została otworzona, to Joonmyeon był jedynym, który nie rozkoszował się trunkiem.
Szukając po szafkach zakrywających jedną ze ścian próbował znaleźć kapsułki do ekspresu mając na celu zaparzyć sobie kawę, jednak za każdymi drzwiczkami nic nie było lub znajdowały się tam przeterminowane produkty spożywcze. Joonmyeon bał się pomyśleć ile czasu one tam leżały, zamykając szybko następne szafki i wzdychając ze zrezygnowaniem. Kolejną próbą było znalezienie zwykłej kawy sypanej, co również okazało się niepowodzeniem, więc w końcu się poddał i usiadł na kafelkach wpatrując się w obrazy zdobiące biały kawałek ściany.
Nigdy się im dokładnie nie przyjrzał. Zawsze był zbyt zapracowany bądź leniwy by poświęcić im chwilę czasu i zastanowić się, co on w nich widział.
Patrząc na fuzje kolorów, która eksplodowała w oczach i rozlewała po płótnie miał wrażenie, że odrywa się od ziemi i przesuwa się pomiędzy smugami farby. Tańczyły one wokół niego i oplatały tęczowymi wstążkami porywając nagle w objęcia uczucia, które do złudzenia przypominało szczęście. Obrazy nie przedstawiały niczego konkretnego, a zakupione były u ulicznego malarza, który zarabiał na swoje utrzymanie. Możliwe, że właśnie ta prostota dzieła sprawiała, że Joonmyeon poczuł jak jego serce rośnie i powoli wypełnia się uczuciami, za czym tęsknił już od dawna.
Po dłuższym czasie patrzenia na obrazy, Joonmyeon w końcu oderwał oczy od nich i utkwił w drzwiach wyjściowych jakby na coś czekał. W ciągu kolejnych kilku sekund rozległo się donośnie pukanie i szmery dobiegające zza zamkniętych drzwi. Ciało Joonmyeona poruszało się automatycznie, bez jego woli i pokonując odległość kilkunastu, dość sporych kroków znalazł się zaraz przy wizjerze spoglądając na zniekształconą sylwetkę kuriera. Zazgrzytały otwierane zamki i donośne „mam dla pana list“ doszło do uszu mężczyzny. Błysk pary czekoladowych oczu przebił się przez cień rzucany przez nasuniętą na czoło  czapkę i równie szybko zniknął, co się pojawił, kiedy kurier podsunął podkładkę pod nos Joonmyeona i wcisnął mu w dłoń długopis, by ten złożył podpis. Nie trwało to dłużej niż minutę zanim sygnatura widniała w polu przeznaczonym na nią, a wtedy niby-uśmiech wpłyną na twarz kuriera, gdy kąciki ust lekko uniosły się w momencie, kiedy obrócił się na pięcie i zniknął we wnętrzu windy.
W dłoni Joonmyeona znajdowała się biała koperta.

---

Gęsta mgła spowiła miasto i unosiła się nisko nad opustoszałymi ulicami, kiedy drobne krople deszczu spadały z ociężałych chmur zasłaniających rozgwieżdżone niebo. Mieszkańcy miasta byli pogrążeni we śnie. Jedynie pojedyncze, nocne zwierzęta były nadal czujne poszukując jedzenia, a ciche pochuchiwanie sowy dochodziło z pobliskiego parku. Lampy uliczne były jedynym źródłem światła, a wystarczyłby tylko jeden ruch żeby i one zgasły i cała metropolia pogrążyła się w ciemnościach aż do świtu.
Wspaniały widok na całą scenerie  rozciągał się z najwyższego punktu w okolicy. Siedząc na dachu wieżowca można było dostrzec nawet najdalsze zakątki miasta, gdzie życie nie było życiem. Zimne podmuchy wiatru owiewały sylwetkę siedzącą na krawędzi z nogami przerzuconymi nad przepaścią i zawieszonymi w powietrzu. Ledwo zauważalny uśmiech wpłynął na jego usta słysząc odgłos kroków uderzających o mokry beton i od razu rozpoznał ten charakterystyczny rytm.
Wydawało mu się, że zjawił się niezauważony i mógł od tak po prostu zajść go od tyłu. Może zdawało mu się, że będzie go w stanie przestraszyć. Kroki stały się niepewne. Zanim barman zdołał dojść do niego padło pytanie:
- Przekazałeś?
Mężczyzna stanął przy nim odcinając od niego krople deszczu parasolką.
- Tak. - poprawił czapkę znajdującą się na jego głowie i spojrzał na zmokniętą postać. - Nie powinieneś tutaj siedzieć. Zachorujesz.
Sylwetka lekko się zatrząsnęła, kiedy śmiech wydostał się z gardła mężczyzny. Dźwięk nie przypominał zimnych wydźwięków często towarzyszących tej czynności, ale tym razem opływał w delikatność i prawdziwe rozbawienie sprawiając, że kiedy spojrzał na barmana, ten poczuł ciepło kumulujące się  w jego klatce piersiowej.
- Nie jest mi zimno. Zresztą, czy to nie jest w twojej mocy by mnie ogrzać? - szeroki uśmiech ozdobił twarz mężczyzny wraz z iskrzącymi się oczami. Wyglądało jakby mężczyzna zapomniał o swojej masce i pokazał inną stronę medalu, jednak niemal niezauważalne drgnięcie mięśnia i to szybko znikło, zastąpione przez nieprzenikalną aurę zbyt często goszczącą na jego twarzy.  - Jutro. Musimy czekać do jutra.
Zapadła długa cisza towarzysząca im miarowym oddechom, podczas której oboje pozostali w miejscach jak posągi. Nieświadomie ręka barmana powędrowała w stronę mężczyzny i przygładziła jego zmoknięte włosy, delikatnie poruszając palcami jakby ten miał zaraz się rozsypać. Jutro, mężczyzna wyszeptał i zamknął oczy wdychając świeże, nocne powietrze.

---

Biel otaczała go zewsząd. Białe ściany, biała podłoga pokryta białym dywanem, białe drzwi. Jedynie czarnobiałe obrazy kontrastowały z nieskazitelną czystością korytarza. Nawet pracownicy szpitala zakładali białe uniformy. Ten, który prowadził teraz Joonmyeona miał na sobie spodnie, koszulę i kardigan, które stapiały się z otoczeniem, a złote litery na jego plakietce poinformowały Joonmyeona wcześniej o imieniu chłopaka, niż ten się przedstawił.
Musi być nowy, pomyślał Joonmyeon. Nigdy go tutaj nie widział, a reszta twarzy szpitalnego personelu była mu dobrze znana. On też był znany pracownikom. Kłaniali mu się w pas pomimo tak wielkiej luki czasowej w jego wizytach. Kiedy ostatnio tutaj był? Minęło już chyba pół roku. Sześć miesięcy odkąd go widział. Czuł się okropnie z tego powodu, ponieważ w ten sposób zaniedbywał swoje obowiązki. Staczając się zabierał ze sobą szereg ludzi, którzy na nim polegali, a wraz z nimi tą najważniejszą osobę.
Ale czy był nadal sens przychodzenia tutaj wiedząc, że to i tak niczego nie zmieni? Wiedział od samego początku, że zostanie odrzucony, a wiara w cuda dawno się ulotniła. Jednak odpowiadał za niego.

Stanęli przy szklanych drzwiach, przez które było widać przestronny pokój ze skromnym umeblowaniem, również białym. Była to świetlica.
- Jest w środku. - powiedział mężczyzna wskazując głową na drzwi świetlicy. - Niedługo zaczyna codzienną sesję terapii, więc zostało ci niewiele czasu.
Joonmyeon spojrzał na postać siedzącą w koncie. Jego oczy były utkwione w kolanach, a ręce zaciskały się kurczowo na siedzeniu, kiedy głowa poruszała się w takt pewnego rytmu. Nic się nie zmieniło przez ten czas; ta sama pozycja, to samo miejsce i ten sam rytm. Zanim Joonmyeon pchnął drzwi, zawahał się na chwilę nerwowo przełykając ślinę. Czy on nadal go pamiętał? Wkraczając do pomieszczenia zapadła cisza, a wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę, kiedy zbliżał się do postaci w kącie.
Każdy krok odbijał się echem w głowie Joonmyeona rozchodząc się nierównomiernie w powietrzu przepełnionym napięciem. Oczy śledzące każdy jego ruch zastygły, a powieki nie mrugały wciąż go obserwując. Jednak Joonmyeon skupił się na postaci mężczyzny, w kierunku którego teraz zmierzał. Raz, dwa, trzy. Już tylko centymetry dzieliły go od niego.
- Hyung? – cichy, drżący głos zaskoczył Joonmyeona. Ten głos należał do niego ale nie spodziewał się takiego wyrazu słabości w obecności najbliższej osobie w jego życiu. – Hyung. To ja, Joonmyeon. Pamiętasz mnie?
Tak jak się spodziewał, zero reakcji. Mimo iż wynik był przewidywalny i dawno oswoił się z tą myślą, to wciąż rozczarowanie przyszło i uderzyło go prosto w twarz wyśmiewając nadzieję ukrytą głęboko w sercu. Mężczyzna tylko bujał się na krześle i wpatrywał w swoje kolana nie zwracając uwagi na Joonmyeona, w którego oczach malował się ból. – Hyung. – nic.
Nie mając wyboru usiadł koło niego sięgając ręką do wewnętrznej kieszeni marynarki. Włożył tam list, który dostał poprzedniego dnia. List rzekomo został napisany przez jego hyunga, gdyby tak było, to czy nie zareagowałby on teraz na jego wołanie? Skoro był w stanie napisać te kilka zdań, prosząc Joonmyeona o odwiedzenie go, to czy nie powinien wyczekiwać go i kiedy się pojawił, przywitać?
Wszystko wydawało się takie proste z pozoru, ale zupełnie różniło się od rzeczywistości.


W ciągu godziny nic się nie zmieniło. Oboje pozostali na swoich miejscach nie wykonując żadnej czynności, patrzyli się tylko na swoje kolana. W międzyczasie telefon Joonmyeona zadzwonił kilka razy, ale ten wyłączył go zaraz i żadne telefony z pracy nie przeszkadzały mu w czasie, który spędzał z bratem. Te ciche chwile spędzone w świetlicy znaczyły dla niego wiele. Z czasem mógł zauważyć ukradkowe spojrzenia rzucane w jego stronę i wiedział, że to był czas na zaproponowanie gry.
Wstał i podszedł do pracownika dyżurującego w świetlicy, o dziwo był to mężczyzna, który przeprowadził go dzisiaj przez korytarz. Tym razem, Joonmyeon mógł przyjrzeć się mu uważniej i zauważył pogodny uśmiech goszczący na jego twarzy i błyszczące oczy, które go przywitały, kiedy poprosił o szachownicę i pionki. Ich integracja odbyła się bez zbędnej wymiany słów, jakby tamten czytał w myślach Joonmyeona i mógł przejrzeć jego intencje.
Wracając do brata, czuł jak ten sam przyjacielski wzrok odprowadza go na sam koniec Sali i pozostaje z nim jeszcze chwilę, póki nie znika. Joonmyeon był bardzo wyczulony na takie spojrzenia i nie widział nic złego w oczach mężczyzny. Było to te same współczujące spojrzenie, z którym spotykał się zawsze, kiedy ludzie dowiadywali się o sytuacji w jakiej znajdował się jego brat.
Rozkładając szachownicę posłał bratu nieśmiały uśmiech. Dobrze wiedział jakimi pionkami on się zawsze posługiwał. Zawsze wybierał białe. Joonmyeon nigdy nie mógł zrozumieć swojego brata, kiedy chodziło o szachy. Zamiast starać się o zachowanie skoczka, czy królowej, ten za każdym razem przykładał większą uwagę do zwykłych pionków. Kiedy Joonmyeon pytał się o powód, on odpowiadał „Gdyby nie pionki, twój goniec zginął by szybciej. To one chronią najważniejsze figury w grze, pełniąc zarazem jedną z najważniejszych ról”.
Szach i mat.
Jak zwykle wygrał grę, a na Joonmyeona przyszedł już czas. Godziny odwiedzin zbliżały się ku końcowi, a na niego czekała jeszcze zaległa praca. Nieważne jak długo chciałby jeszcze tam zostać, musiał już iść. Zaczął składać figury do opakowania i wraz z nimi ułożył w nim szachownicę. Nim jednak zamknął pudełko i oddał je z powrotem pracownikom, żelazny uścisk oplótł jego nadgarstek.
Zaskoczony Joonmyeon spojrzał na brata nie spodziewając się takiej reakcji z jego strony. Początkowo myślał, że to był jego wyraz na przekazanie Joonmyeonowi żeby nie odchodził, jednak po chwili ogarnęło go jeszcze większe zmieszanie.
- Uratuj go. Uratuj go, proszę. Uratuj Do Kyungsoo. Uratuj. Wydostań go stąd. – w jego oczach, Joonmyeon mógł dostrzec szczere błaganie. Wyglądało to tak jakby jego brat powrócił do zdrowych zmysłów, choć na chwilę. – Uratuj. Proszę.
Joonmyeon już miał mu odpowiedzieć ale głos pracownika zawołał go i postać mężczyzny w białym kardiganie pojawiła się obok niego chcąc zaprowadzić do wyjścia. Joonmyeon czuł, że prośba jego brata nie była tylko omamami, które starszy zazwyczaj miewał, ale stracił szansę o dopytanie się go o więcej.
Nie zdążył się z nim nawet pożegnać. Nie wiedział, że to była jego ostatnia wizyta.


Tej samej nocy brat Joonmyeona stał przy zakratowanym oknie i wpatrywał się w księżyc podziwiając jego blask i krągłość. Usłyszał jak ktoś wchodzi do jego pokoju, mimo że drzwi były zamknięte na klucz. Nie odwracając się do przybysza wiedział kim on jest. Wystarczyła sama jego obecność by wiedzieć.
- Panie, powiedziałem mu. Zrobiłem to, o co mnie prosiłeś.
- Wiem.
- Zakończyłem swoją misję. Mogę już odejść?
Nie usłyszał żadnych słów, ale szelest i dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi dał mu odpowiedź.

środa, 13 lutego 2013

Gra Pozorów - Prolog

Pairing: głównie Kyungmyeon, ale pojawią się też inne
Uwagi: na pewno pojawią się sceny nieodpowiednie dla młodszych czytelników. treść może być często niezrozumiała i poplątana. pierwszy rozdział pojawi się mam nadzieję, że niedługo.



Cień przemknął zwinnie, jednak światło jednej z nielicznych działających lamp na tej ulicy nie zdołało uchwycić sylwetki kryjącej się w mroku. W powietrzu unosił się smród stęchlizny i ludzkich odchodów, a w ciemnych zakątkach bocznych alejek usłyszeć można było szczury ucztujące w rozwalonych śmieciach. Okolica była pusta, nikt przy zdrowych zmysłach, poza nieuchwytną postacią, nie odważyłby się postawić nogi poza granice własnego schronienia póki słońce ponownie nie znalazłoby się na niebie. Noc należała do monster buszujących w tanich spelunach, które pod wpływem alkoholu zdolne były do wszystkiego.
Tego wieczoru było nadzwyczajnie cicho, jakby ktoś rzucił czar na te ociekające odrazą miejsce i wszyscy poszli spać jak grzeczne dzieci po dobranocce. Uliczne walki pomiędzy gangami lub zwykłymi pijakami, które odbywały się tutaj regularnie, teraz nie było po nich śladu. Całą okolicę spowił sen zimowy, kiedy tajemnicza postać sunęła w dół ulicy roztaczając wokół siebie aurę jeżącą włos na głowie. Po napięciu wiszącym w powietrzu nie można było spodziewać się niczego dobrego.
Pchnięte drzwi otworzyły się wypuszczając ze środka smugę gęstego dymu tytoniowego, która owiała mężczyznę w czarnym płaszczu sięgającym ziemi z zarzuconym na twarz kapturem. Wkroczył do pustego baru przemierzając zaśmiecony parkiet i przedzierając się przez szarą, cuchnącą zasłonę. Pojedyncze stoliki pozastawiane były brudnymi naczyniami, a gruba warstwa kurzu na drewnie gdzieniegdzie została zniszczona, kiedy goście przy nich usiedli. Okna nie przepuszczały światła księżyca ze względu na brud zdobiący szyby, sprawiając, że w środku zawsze panował półmrok, a stare, drące się zasłony nie czyniły wnętrza bardziej przytulnym. Nie należało to do najprzyjemniejszych miejsc na wspólne wypady ze znajomymi, jednak lokal był jednym z najlepiej prezentujących się w tej okolicy.
Naprzeciwko drzwi była lada, za którą znajdował się młody barman z bystrym spojrzeniem i z przyprawiającym o ciarki uśmieszkiem, który pojawił się w momencie, gdy zauważył mężczyznę. Nie pasował do tego miejsca. Na tle obdartej ściany wyglądał jakby zagubił się i utknął w tym barze nie mogąc się wydostać. Burza wystylizowanych włosów lśniła w świetle przygasłych lamp, a na wyprasowanej, białej koszuli wisiał schludnie narzucony czarny fartuch. Barman odwrócił się w stronę mężczyzny odkładając na bok trzymaną w ręku szklankę.
- Podać coś? - zapytał uprzejmie, jednak nie czekając na opowieść wyjął spod lady butelkę szkockiej whisky i wlał jej zawartość do zaskakująco czystej szklanki. Mężczyzna kiwną tylko głową i podnosząc szklankę do ust upił łyka alkoholu.- Więc wszystko musi iść zgodnie z planem skoro aż tutaj przyszedłeś.
Mężczyzna nie spojrzał na barmana, jedynie zsunął kaptur z głowy, a jego twarzy nie zasłaniał już gruby materiał tylko kurtyna przydługich włosów, która opadła mu na oczy. Dostrzec można było ostry podbródek i wykrzywione w grymasie usta, kiedy upijał kolejnego łyka. Wciąż milczał. Odstawiając na bok szklankę, wyjął zza pazuchy czarną kopertę ze złotymi słowami wypisanymi na niej – „Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz”. Położył ją obok szklanki i czekał aż barman weźmie ją do rąk. Ten podnosząc ją ostrożnie, zważył w dłoni i jednym pociągnięciem palca otworzył. Ze środka wyleciało kilkanaście małych karteczek, a na każdej z nich wypisane było imię i nazwisko. Przeglądając każdą uważnie rzucał ukradkowe spojrzenia w stronę mężczyzny, którego spuszczona głowa poruszała się w pewnym nieodgadnionym rytmie.
- To wszystko? – spytał barman, a głowa mężczyzny momentalnie się podniosła, włosy odsłaniając ciemne tęczówki, w których przebłyskiwała mroczna tajemnica. Spojrzenie było hipnotyzujące.
Brak reakcji ze strony klienta był niewypowiedzianym potwierdzeniem, ale minęła chwila zanim założył ponownie kaptur na głowę i wstał, przedzierając się ponownie przez gęsty dym, kierując się w stronę wyjścia. Wychodząc wypowiedział jedyne słowa podczas tego spotkania.
- Gra dopiero się zaczęła

sobota, 2 lutego 2013

Rozdarci


Gatunek: do smutania
Pairing: Kaisoo
Raiting: PG
Uwagi: Za pomoc dziękuję mojemu kochanemu mężowi Uri oraz mojej drugiej połówce od Kaisoo. Wyszło krótsze niż się spodziewałam ale mam nadzieję, że będzie się podobać. Pisanie ficów na wpół przytomnie nie jest dobre, więc za wszelkie błędy czy niezrozumienia z góry przepraszam.

Drzwi się otworzyły wpuszczając do środka zimne powietrze, które natychmiastowo zmieszało się z gorącem wypełniającym pokój, jednak to wystarczyło by dreszcz przeszedł przez na wpół nagie ciało Kyungsoo i grymas wykrzywił jego skoncentrowaną twarz. Powierzchowne spojrzenie padło na postać, która stanęła w progu; z pozoru czyn nieprzejawiający jakiegokolwiek zainteresowania, a jednak w tych wielkich, ciemnych oczach można było dostrzec przebłysk zmartwienia i troski, który przejawiał tylko w stosunku do młodzieńca, który właśnie zmierzał w jego stronę. Kyungsoo obserwował jak brwi chłopaka ściągnięte na jego widok, powoli powracają do zwyczajnej formy, a szczupła sylwetka znalazła miejsce przy jego boku, rozkładając się wygodnie na kanapie. Światło zapalonej lampy igrało z cieniami na jego młodej, a jakże przystojnej twarzy podkreślając ostre rysy i zmęczenie wymalowane o tak późnej porze.
Milczenie panowało pomiędzy nimi, a jedyną czynnością, którą wykonał Kyungsoo w tym czasie było poprawienie koca, który ześlizgnął się z jego obnażonych ramion. Skupiając swoją uwagę na gazecie w jego rękach, czuł spojrzenie chłopaka uważnie śledzące każdy jego ruch, jak wygłodniały drapieżnik polujący na zwierzynę. Kyungsoo starał się ze wszystkich sił zignorować nękające go oczy, ukrywając jak tylko się da swoje zdezorientowanie i speszoną osobę, by nie dać tej satysfakcji młodszemu. Już widział te iskry mówiące aż za wiele w magnetycznych oczach, które kusiły każdego i nie można było się im oprzeć. Oraz te pełne usta wypowiadające słowa uderzające w niego z siłą tsunami, topiąc jego serce w powodzi uczuć.
Zaabsorbowany intensywnością spojrzenia chłopaka, nawet nie zauważył, że w kółko czyta tą samą linijkę, zupełnie nie rozumiejąc ani słowa zawartego w artykule, jako że wiedział, iż myśli młodszego krążyły w chwili obecnej wokół niego. Mimo, że w takiej sytuacji każdy na miejscu Kyungsoo byłby zadowolony, żeby nie powiedzieć szczęśliwy, to jednak nie był on usatysfakcjonowany, ponieważ młodzieniec bawił się nim znając jego odczucia względem niego, a przede wszystkim jego zajęcia.
Jaką przyjemność czerpał on z obserwowania nawet najmniejszych zmian w wyrazie twarzy Kyungsoo, kiedy widział on jego zakłopotanie oraz niezręczność krępujących go, zabierających jego swobodę ruchu. Nie słyszał on wariackiego bicia serca, które kołatało w piersi Kyungsoo, kiedy jego obecność była aż nadto odczuwalna; nie czuł żaru rozpalającego jego skórę pod dotykiem tych zimnych dłoni; nie miał pojęcia o impulsach elektrycznych przechodzących przez ciało Kyungsoo z każdym muśnięciem bądź przypadkowym otarciem. Wszystko, co młody wiedział o nim można było określić jednym słowem "nic".
Nikt nigdy nie zdołał przedrzeć się przez żelazną kurtynę, którą postawił wokół siebie Kyungsoo, by chronić siebie samego przed zranieniem, jednak nie zdołał zatrzymać bólu, cierpienia i rozczarowania, które dostawał każdego dnia od tego niepozornego ucznia.
Tak bardzo pragnął oddać mu się; odsłonić swoje serce i bezbronne obnażyć je przed nieczułym Jonginem, by ten mógł je pożreć i zrobić Kyungsoo swoją ulubioną, a zarazem jedyną zabawką. Jednak do takiej sytuacji nigdy nie dojdzie. Jongin zbytnio lubił swoją "pracę", żeby porzucić wszystko dla kogoś takiego jak Kyungsoo. To były tylko nigdy niemające się spełnić marzenia.
- Nie zapytasz, gdzie byłem?- po długim milczeniu głos przedostał się przez kłębowisko myśli tłoczących się w głowie Kyungsoo, by cierpki, lecz przepełniony seksapilem głos wrócił go z powrotem na ziemię.
Powoli, z szalonym sercem wyrywającym się z piersi, zerknął na szyderczy uśmieszek zdobiący twarz Jongina, który idealnie komponował się z zamglonymi, pijackimi oczami. W tedy też Kyungsoo dostrzegł resztki szminki pozostałej na szyi chłopaka, a jego żołądek skręcił się boleśnie, zabierając ostatnie pozostałości nadziei od niego.
- Nawet nie muszę. Widząc ciebie w tym stanie, wiem już wszystko.- Kyungsoo starał się utrzymać jak najbardziej obojętną twarz na powierzchni, powstrzymując wszelkie uczucia rozpaczy i smutku od wypłynięcia i pogrążenia go w agonii. W takich chwilach był poddany okrutnej próbie.- Nie rozumiem tylko, czemu tak się cieszysz. To nie jest coś, z czego powinieneś być dumny. Robienie za prostytutkę dla pań nie jest wymarzonym zajęciem dla chłopaka, który niebawem kończy szkołę.
Gorzki śmiech wydobył się z gardła Jongina, który drażniąc delikatne nerwy Kyungsoo swoim pełnym wzgardzenia zabarwieniem, przeszedł w postaci dreszczy w dół ciała mężczyzny. Młodzieniec starał się nie okazywać tego, jednak było wiadome, że wrzało w nim; że wściekłość rosła z każdą sekundą. Alkohol zmieszany z krwią krążył w jego młodym ciele. Kiedy ten wstał, śmiech nie zniknął z jego ust i spojrzał na Kyungsoo pełen obrzydzenia i niedowierzania; zwężone źrenice wycelowane w wielkie, brązowe punkty, które miały być oczami Kyungsoo. Jongin zmniejszając odległość pomiędzy nimi zbliżał się do zdezorientowanego mężczyzny, kiedy jedna noga znalazła miejsce z jednej strony Kyungsoo, z kolei druga przerzucona na drugą stronę oparła się o starą kanapę, odcinając drogę ucieczki i unieruchamiając starszego w miejscu.
Napięcie pomiędzy nimi wzrastało zabierając dech w piersiach, sprawiając, że wszelkie logiczne myślenie runęło jak mór Berlinkski, pozwalając natłokowi emocji kotłować się w głowie Kyungsoo. Jego skóra paliła się pod gorącem oddechu Jongina, który owiewał jego szyję dusząc go, jednakże nie mógł dłużej panować nad sobą. Czuł tysiące żarzących się węgli, którymi okładał jego sparaliżowane ciało, jak wypalają dziury w aksamitnym obiciu jego wnętrza, które pozostawione bez ochrony rozdzierało się jak zwykła szmata. Gruby materiał koca, którym był owity jeszcze bardziej potęgował gorąco, jakie miały w sobie dłonie Jongina sprawiając mu ogromny ból. Ułożone na jego udach podtrzymywały nachyloną sylwetkę chłopaka.
- Dotrzymując towarzystwa samotnym kobietom zarabiam więcej niż ty zarabiasz w tym cholernym antykwariacie.- słowa jak trucizna wydobywały się z ust Jongina wbijając bolesne kolce w zranione już serce Kyungsoo, który usychał w toksycznych ramionach młodzieńca.- Po co mi szkoła? By zawierzyć swoim marzeniom i tak jak ty tkwić w tym burdelu, który nazywasz domem? Nie stanę się niespełnionym piosenkarzem, któremu brak jaj.
Jongin błysnął swoim sygnaturowym uśmieszkiem i złożył delikatny pocałunek na pulchnych ustach Kyungsoo, który zamarł. Nie był w stanie się poruszyć nawet, kiedy Jongin uwolnił go i z lodowatym dobranoc na ustach zniknął za drzwiami sypialni, którą razem dzielili. W jednej chwili Kyungsoo poderwał się z kanapy i szybko pobiegł do łazienki przekręcając za sobą zamek w drzwiach.
Nachylony nad umywalką drżącymi dłońmi próbował zmyć z siebie uczucie i posmak Jongina, które wżerały się powoli w jego wargi. Brakowało mu słodyczy, która powinna za każdym razem sprawiać, że Kyungsoo pragnął zostać dłużej w tym stanie odurzenia. Zamiast tego czuł odrazę i opróżniał zawartość żołądka w toalecie na myśl o dłoniach dotykających go, które wcześniej miały kontakt z inną skórą. Czuł się napiętnowany miłością do Jongina, który nie rozumiał jego uczuć.
Nie ważne jak długo by tarł, czy szorował; ile razy umyłby zęby – wiedział, że te usta nie były tylko jego i to wprowadzało go w obłęd. Panicznie bał się spojrzeć Jonginowi w oczy i powiedzieć by go nie dotykał. Nie chciał czuć na sobie jego pocałunków, które uprzednio gościły na ciele kobiet; tak wielu kobiet, które nie miały pojęcia, kim Jongin był, ile miał lat. Jednakże, pragnienie bycia z Jonginem było tak wielkie, że ulegał mu każdej nocy i zasypiał wraz ze słowami miłości i wypowiadanymi obietnicami wiedząc, że jutro nie będzie różniło się od dnia poprzedniego. Byli zamknięci w przerwanym zwanym cyklu miłością.
Jeden, długi, gorzki szloch wydostał się z płuc Kyungsoo, kiedy ten osunął się powoli po ścianie i siedział zwinięty w kulkę na zimnej posadce. Palce desperacko wplecione we włosy zacisnęły się mocno i ciągnęły, a łzy jedna po drugiej spływały po policzku odznaczając się ciemnymi plamami na materiale spodni. Woda kapała z kranu odliczając sekundy słabości, której doświadczał jedynie w samotności.
Słowa Jongina wciąż odbijały się echem otwierając stare rany, które nie do końca się zagoiły i teraz obmywane przez słone łzy paliły. Wspomnienia, o których chciał zapomnieć powróciły razem ze świadomością swojej porażki, której tak łatwo mógł zapobiec. Wystarczyłaby odrobina odwagi, jeden krok do przodu, a obecna teraźniejszość znikła by tak szybko jak pęknięta bańka, a wyobrażenia o dzisiaj jakby z innego świata ziściły się i były prawdziwe, a nie zwykłymi urojeniami. Ale w tamtej chwili zaprzepaścił wszystko i teraz tkwił w tym bagnie, z którego nie było ucieczki, a z każdym ruchem zagłębiał się bardziej i bardziej.
Był uwięziony w silnych ramionach Jongina wiedząc, że nie miał szansy się z nich wydostać. Za bardzo wciągnął się w tą zabawę z miłością, w której to nie on rozdawał karty, ale jako jedyny prawdziwie kochał. Nie potrafił wyjść z tej gry. Za każdym razem wyrzucał taką liczbę oczek, że cofał się jeszcze dalej i oddalał od mety - szczęśliwego życia, a na starcie czekała na niego miłość porośnięta bluszczem. Ścieżka, po której kroczył pokryta była gruzami i pyłem. Gdzie znajdowała się zieleń?



Pokój wypełniało światło księżyca wlatujące do środka przez odsłonięte okno. Srebrzyste promienie wskazywały na sylwetkę owiniętą kocami pogrążoną w błogim śnie, pozbawioną trosk i zmartwień, myślącą tylko o sobie. Patrząc na niego można było dostrzec wciąż młodą twarz niedoświadczoną przez życie. To były momenty, kiedy Kyungsoo wiedział, że nie może go opuścić pozostawiając bez opieki. Nie tyle pozostawić bez opieki, a sprawić mu ból, którego sam nie chce czuć. Jednak wciąż nie rozumiał, czemu Jongin postępował w ten sposób, rujnując sobie życie, robiąc rzeczy, których będzie w przyszłości żałował.
Powoli wsuwając się pod koce by nie obudzić młodszego, Kyungsoo ułożył się na brzegu łóżka chcąc zachować jak największą odległość między nimi. Świeży i nieskazitelny po wziętym prysznicu starał się mieć jak najczystszy umysł by zasnąć i obudzić się rano sam, spakować się i wyjechać na kilka dni. Chciał zobaczyć, czy Jongin będzie za nim tęsknił, czy skontaktuje się z nim. Miał nikłe nadzieje na jakąkolwiek reakcje z jego strony. Nie opuszczał go. Jechał na wakacje, ponieważ potrzebował odpoczynku i wiedział, że jak wróci, to nic się nie zmieni, ponieważ ich poharatanego związku nie da się skleić i zawsze będzie to to samo bagno, w którym tkwi.
Już zamknął oczy i odpływał w krainę marzeń, kiedy ramię otoczyło go w tali i przesunęło w głąb łóżka. Czuł ciało przylegające do jego pleców i oddech krążący po jego szyi. Tysiące motyli próbowało wydostać się z brzucha Kyungsoo, kiedy uścisk zacieśnił się i miękkie usta pieściły teraz jego skórę. Łzy ponownie spływały po całej twarzy na dźwięk stłumionych słów, które wryły się głęboko w serce Kyungsoo.
- Nie opuszczaj mnie. Przepraszam


poniedziałek, 14 stycznia 2013

One Summer Night

Gatunek: romans(fluff)
Pairing: Baekhyun/Chanyeol
Raiting: PG
Uwagi: W końcu skończyłam! Tak się cieszę. Tego fanfica dedykuję mojej kochanej unnie, która zmusiła mnie do pisania tego i po tygodniu TA DAH!Cieszcie się potokiem bezsensownych słów (2,500), który można określić jednym słowem - shit. EDIT: poprawiłam błędy, które nieumyślnie zrobiłam. co za wstyd ;<


Pot ściekał strużkami po czole, jako że wysoka temperatura na zewnątrz, oznaczała jeszcze wyższą w środku samochodu, gdzie klimatyzacja była zepsuta. Powietrze przemykające pomiędzy otwartymi oknami nie przynosiło upragnionej ulgi, uniemożliwiając ucieczkę od żaru unoszącego się nad rozgrzanym asfaltem. Ale to nie mogło zabić entuzjazmu, który emanował z czwórki przyjaciół, którzy właśnie rozpoczynali swoją wakacyjną przygodę jadąc w kierunku upragnionego morza, gdzie mieli spędzić najbliższe dwa tygodnie. Tylko oni, śpiwory i gorący piasek między palcami, który parzył.

Muzyka rozbrzmiewała w głośnikach, a ciche pochrapywanie zanikało pomiędzy gwarem rozmowy prowadzonej przez dwójkę rozochoconych nastolatków.
- Jak tylko przyjedziemy, to rzucam się do wody. Mam wrażanie, że się roztapiam. – Energicznie machając dłońmi, Chanyeol miał nadzieję ochłodzić się w każdy możliwy sposób.
Śmierdział. Pot przyklejał koszulkę do jego ciała i pragnął ją jak najszybciej ściągnąć oraz wyjść z ciasnego samochodu i rozprostować nogi. Byli w drodze od kilku godzin, a jazdy nie było końca. Cały czas tylko lasy, pola, lasy, pola i niekiedy pojedyncze skałki przewijały się za oknami, jako krajobraz, który im towarzyszył. Wyobrażał sobie fale obmywające jego stopy, kiedy siedział na brzegu i zajadał się lodami. Z czasem dołączyliby do niego koledzy (lub tylko on by mu towarzyszył) i siedzieliby tak, póki niebo nie zostanie zasiane gwiazdami, a nocna bryza zbyt chłodna by pozostać tylko w bluzkach na krótki rękaw.
Zajmujący miejsce obok niego, Baekhyun nawet w tak wysokich temperaturach potrafił się zdrzemnąć i nie przejmować gorącem, które zabijało każdego wkoło. Chanyeol zazdrościł mu tej zdolności i niekiedy sam próbował przespać resztę podróży, ale świecące słońce i głośne śmiechy Jongina przeszkadzały mu się zrelaksować na tyle by zasnąć. Pozostało mu tylko obserwować śniącego Baekhyuna i wysłuchiwać idiotycznych żartów w wykonaniu, Jongina, któremu akompaniował Sehun. Ale w sumie to cieszył się, że mógł pobyć ‘sam na sam’, z Baekhyunem, kiedy tamci dwoje byli zajęci sobą z przodu.
Zapowiadała się jeszcze dłuższa podróż niż dotąd była, ale Chanyeolowi to nie przeszkadzało.

~*~

Nim silnik został wyłączony, drzwi od auta otworzyły się i ze środka wyskoczył w końcu ożywiony Chanyeol. Szeroki uśmiech rozświetlił jego twarz a słońce odbijało się w roześmianych oczach. Wziął kilka głębokich oddechów by posmakować powietrza nad morzem i ruszył przed siebie, oczy utkwione w białych grzywach fal, które rozbijały się o piaszczysty brzeg. Nareszcie czuł chłodny wiatr owiewający jego szyję, osuszający krople potu spływające po jego skórze.
Idąc w kierunku morza, zostawił buty gdzieś w piasku i nie przejmował się nawet bagażem, który nadal spoczywał w bagażniku. Teraz w głowie miał wodę i przyjemny chłód, który obmyje mu stopy po długiej i jakże uciążliwej podróży. Rozpakować się mógł później. Buty nie znikną od tak sobie. Były wciąż za nim, zasypanie w piasku, nietknięte. Musiał wejść do wody. Po prostu musiał.
Orzeźwienie spłynęło na niego tak szybko, jak tylko poczuł słoną wodę liżącą jego zmęczone stopy. W jednym momencie złamał się w kolanach i rozłożył swoje olbrzymie ciało na plaży nie przejmując się zmoczonymi ubraniami. Nie miał siły się ruszyć; najlepiej zasnąłby już i obudził dopiero rano. Mógł, prawda? Był pewien, że gdyby tak zrobił, nikt nie byłby w stanie go dobudzić, więc zawsze miał opcję ucieknięcia od wszystkiego, choć na chwilę.
Już miał zamknąć oczy i odpłynąć wraz w falami, które zabrałyby go daleko w głąb morza, kiedy sylwetka zamajaczyła mu w na wpół przymkniętych oczach i usiadła obok niego.
- Radziłbym ci nie spać teraz. Jak Jongin cię znajdzie, będziesz miał przerąbane, bo to on właśnie dźwiga twój plecak.
Baekhyun wpatrywał się w punkt gdzieś daleko na horyzoncie i wyglądał w tym momencie jakby został namalowany na płótnie w kolorach zachodzącego słońca, które chowało się za krańcami ziemi. Gdyby go dotknąć i sprawdzić, czy jest prawdziwy.
- Pocałuj mnie.
Te słowa wydostały się z jego ust tak niespodziewanie. Oczy utkwione w drobnej postaci, pełne nadziei. Wszystko się zatrzymało. Oczy Baekhyuna rozszerzyły się w szoku i utkwione były w Chanyeolu, który wstrzymał oddech oczekując reakcji chłopaka. Gardło poruszyło się, kiedy ten przełknął i nerwowo się zaśmiał łapiąc za szyję.
- Przestań się wydurniać. Czasem gadasz tak bez sensu.
Wstał i odszedł, zostawiając Chanyeola samego.
-Ja się nie wydurniam. Naprawdę chcę byś mnie pocałował.

~*~

- Gdzie byłeś?
Jongin siedział i grzebał patykiem w ognisku, najwyraźniej czekając na niego. Postacie Baekhyuna i Sehuna zawinięte w swoje śpiwory, były pogrążone we śnie i dosłyszeć można było ciche chrapanie tego pierwszego, tak charakterystyczne dla niego. Słońce już dawno zaszło, a na twarzy Jongina malowało się zmęczenie, jednak nadal, został i wyczekiwał Chanyeola, który zniknął zaraz po przyjeździe.
Ignorując pytanie przyjaciela, Chanyeol wyjął własny śpiwór i ułożył się do spania, wyczekując aż tamten zrobi to samo, by w tedy zmienić pozycję i móc spoglądać. Spoglądać na długie rzęsy jak delikatnie trzepotają, kiedy nos łagodnie się marszczy pod wpływem mocniejszego podmuchu wiatru, bądź na usta, które nawet we śnie potrafiły wyglądać atrakcyjnie, a zwłaszcza wtedy.
Śpiąc wyglądał jak anioł, który nie wiedział, jak wpływa na ludzi ze swoim pogodnym usposobieniem, ciekawą osobowością, a szczególnie tym przepięknym uśmiechem, który potrafił poprawić Chanyeolowi humor w każdej sytuacji. Baekhyun był po prostu idealny. Zbyt idealny by istnieć i Chanyeol już nie wiedział jak zachowywać się w jego towarzystwie; jak panować nad obcymi uczuciami, które nawiedzały go za każdym razem, kiedy Baekhyun był blisko niego.
Mógł patrzeć się na niego godzinami. Jednak, kiedy Baekhyun był przebudzony nie było to wcale łatwe, gdyż mógł zauważyć i zawsze posłać to pytające spojrzenie, na które Chanyeol nigdy nie potrafił odpowiedzieć logicznie. Więc teraz, gdy miał okazję, miał zamiar ją wykorzystać. Będzie strzegł go całą noc. Teraz to on będzie aniołem dla Baekhyuna, będzie jego aniołem stróżem, który nie pozwoli by coś złego mu się przytrafiło, chociaż byli bezpieczni.

~*~

Delikatne szturchnięcia w twarz dały w końcu upragniony skutek, kiedy powieki zacisnęły się by zaraz powoli otworzyć ukazując piękne czekoladowe tęczówki. Chanyeol z jękiem budzonego dziecka, które rano nie chce iść do szkoły, wcierał twarz w poduszkę nie chcąc spojrzeć na budzącą go osobę, która wciąż szturchała go palcem w policzek.
- I co teraz zrobimy? Nie chce wstać.
- Odsuń się, Baekhyun.
Dobiegł go głos Sehuna jakoś dziwnie daleko i chwilę później, Chanyeol rozumiał, co się szykowało, jednak było za późno by uciec. Kubeł wody został wylany na niego, co natychmiast postawiło go na nogi. Jedno jedyne warknięcie wydobyło się z ust Chanyeola zanim ten pobiegł, za Sehunem wrzeszcząc na niego z furią w głosie, nie zwracając uwagi na przestraszonego Baekhyuna, który odskoczył przed pędzącym Chanyeolem. Jongin jedynie pokręcił głową i podszedł do Baekhyuna, obejmując go ramieniem.
- Chodź, przygotujemy śniadanie i pomyślimy, co dalej.
Baekhyun kiwnął głową i udał się za Jonginem, rzucając ostatnie pojedyncze spojrzenie na dwoje nastolatków ganiających się po plaży. Z westchnięciem na ustach spoglądał na piasek pod jego stopami, jak rozstępuje się pod ciężarem jego ciała i przelewa między palcami, jeszcze chłodny po nocy. Nie wiedział, czemu, ale wszelka chęć na robienie czegokolwiek z niego uciekła.

~*~

Chanyeol nie wiedział, czemu Baekhyun przez cały dzień był ponury i nie zamienił z nim ani słowa, chociaż tyle razy próbował do niego zagadać, ale ten zawsze znalazłby jakąś wymówkę by go uniknąć. Obserwował go jak przyjaźnie rozmawia z innymi. Jak wygłupia się z Sehunem i trzyma się blisko Jongina. Chanyeol czuł jak jego serce boli z powodu Baekhyuna, który go ignorował. Chciał coś zrobić by zwrócić na siebie jego uwagę, ale nie miał pojęcia co. Mógł tylko obserwować go z daleka i niewielki uśmiech zagościłby na jego ustach widząc, że przynajmniej jest szczęśliwy. Mógł poczekać aż nadejdzie ta chwila i Baekhyun znów będzie jego przyjacielem.
Teraz szykowali się, wybierając z toreb najmniej pogniecione ubrania, które zarówno były odpowiednie do wyjścia. Wspólnie ustalili, że wybiorą się do miasta i poszukają jakiejś dyskoteki by się trochę rozerwać. Z początku, Chanyeol patrzył krzywo na to jednak, kiedy Baekhyun się zgodził, to i on w końcu przytaknął. Może to była szansa dla niego by w końcu spytać się go, czemu zachowuje się w tak dziwaczny sposób.
Jakaś impreza musiała odbywać się niedaleko, ponieważ głośne dudnienie muzyki i basów rozchodziło się echem po pustej plaży dając znać chłopakom, że tam mają się kierować. Kiedy szli wzdłuż piaszczystego brzegu, beztroskie dźwięki zabawy stawały się wyraźniejsze i przeszywały ciało na wylot, dając ciarki przechodzące po plecach.  Spotykali coraz więcej ludzi, którzy byli pod wpływem alkoholu bądź trzeźwi, ale na pewno zgrzani i bardzo rozbawieni. Wyglądało na to, że ten klub był idealnym miejscem na zażycie odrobiny rozrywki.
Liczne kolorowe światła oświetliły ich twarze, gdy wkroczyli do zatłoczonego pomieszczenia wypełnionego muzyką. Pierwsze, co rzuciło się w oczy Chanyeolowi były ciała wijące się na parkiecie w jednym rytmie oraz duszność panująca wewnątrz. Trudno było mu oddychać, bo powietrze tutaj było przesiąknięte wonią dymu tytoniowego, który drażnił jego nozdrza, kiedy podążał za chłopakami, przechodząc między obcymi ludźmi, spoglądając na obite materiałem ściany z mnóstwem kolorowego szkła powbijanego w czarną, gładką tkaninę. Neonowe światła lamp dyskotekowych odbijały się od szkła, rozpraszając po hali sprawiając, że wszystko wirowało i wpasowywało się idealnie w rytm zremixowanego kawałka, którego teraz każdy słuchał.
On sam nie potrafił odnaleźć się i wczuć w klimat migających świateł i spoconych ciał, które otaczały go i wytwarzały erotyczną aurę wiszącą w powietrzu. Najlepiej wyszedłby stamtąd i spędził resztę nocy na plaży wyczekując wschodu słońca. Mógłby w tedy wypełnić płuca świeżą wonią morza i patrzeć jak pokazują się pierwsze promienie nowego dnia. Jednak, nie potrafił się zdobyć na opuszczenie chłopaków, kiedy wszyscy zgodzili się na ten wypad.
Oszołomiony emocjami, które wypływały z tego miejsca, Chanyeol nie zauważył jak Sehun oddalił się w swoją stronę, a Baekhyun z Jonginem również zniknęli pomiędzy imprezowiczami. Został sam, jednak zdołał zauważyć kilka stolików postawionych koło skórzanych kanap, gdzie mogłeś usiąść i sączyć drinki obserwując, ponieważ bar znajdował się tuż obok i Chanyeol już zmierzał w tamtym kierunku.
Zajął miejsce na kanapie najbardziej oddalonej od parkietu ze szklanką coli w ręku i wypatrywał w tłumie znajomych twarzy, ale wszystko, co widział to obcy dla niego ludzie i dziewczyny z sąsiedniego stolika spoglądające na niego. Gdzie tamci się podziali, pomyślał i upił łyka napoju. Nie spodziewał się towarzystwa, które odwiedziło go chwilę później. Owe dziewczyny z sąsiedniego stolika przysiadły się do niego i jedna z nich wyrzuciła dłoń do przodu.
- Jestem Younghee, a to jest moja koleżanka, Haneul. Nie masz nic przeciwko jak dotrzymamy ci towarzystwa?
Chanyeol spojrzał na nie niepewnym wzrokiem, ale kiwnął głową nie chcąc zrobić im przykrości.
- Chanyeol.
Odpowiedział krótko i przyjrzał się każdej z nich. Younghee miała długie czarne włosy, które błyszczały od blasku neonów, uśmiech łagodny i oczy z tymi iskierkami pogodnej dziewczyny. Była śliczna. Z kolei Haneul nie odbiegała urodą od koleżanki, jednak jej włosy długością sięgały ramion i były pofarbowane na blond z kolorowymi pasemkami od spodu. Jej twarz była łagodna, bez uśmiechu, jednak nie sprawiała negatywnego wrażenia. Może była nieśmiała?
Jakimś cudem obie wciągnęły go w rozmowę, która nie kręciła się wokół jednego tematu. Głównie odpowiadała Younghee i to ona skakała z tematu na temat w ekspresowym tempie aż Chanyeol pogubił się w tym, o czym aktualnie rozmawiali. Polubił dziewczyny i widać było, że one jego też. Zajęły jego czas tak, że zapomniał o Jonginie, zapomniał o Sehunie i o Baekhyunie. Czuł się przy nich swobodnie i był z pewnością zrelaksowany. Klub już go tak nie oszałamiał, kiedy przyzwyczaił się do neonów i hałasu, nawet odór papierosów nie przeszkadzał mu, co go bardzo zdziwiło.
Jednym słowem mówiąc czuł się dobrze.

~*~

Chanyeol dyskutował o grach komputerowych z Haneul, która w końcu otworzyła się na niego i uśmiech nie schodził z jej twarzy. Zauważył znajomą sylwetkę zmierzającą w ich kierunku. Chyba czas zabawy się skończył. Jongin przedzierał się między ludźmi rozpychając ich łokciami, aż w końcu dotarł do stolika, przy którym siedział Chanyeol. Spojrzał na niego a potem na dziewczyny towarzyszące mu i lekko się uśmiechnął.
- Musimy się zbierać. Sehun znów nabroił i nie chcę mieć więcej kłopotów.
Chanyeol spojrzał na Jongina następnie na Younghee i na Haneul. Nie chciał zostawiać dziewczyn, bo to byłoby niegrzeczne, więc zwrócił się do nich.
- Może pójdziecie z nami jak nie macie nic lepszego do roboty?

Pomarańczowe płomyki tańczyły na rozgrzanych kawałkach drewna, kiedy rozpalone ognisko oświetlało tylko ich krąg rozłożony wokół. Mimo problemów, które narobił Sehun nikt nie miał mu za złe, że musieli tak wcześnie wyjść z klubu. Były z nimi Younghee i Haneul, które szybko zaadaptowały się z towarzystwem chłopaków i łatwo nawiązywały rozmowę z każdym z nich. Jedynie Baekhyun trzymał się na uboczu, cichy wpatrywał się w ognisko. Dawał jasne sygnały, że chce być sam.
Księżyc już dawno znajdował się wysoko na niebie rozpraszając srebrzystą poświatę. Jongin opowiadał właśnie jakiś kawał, kiedy Baekhyun wstał i oddalił się od ogniska wychodząc z ciepłego kręgu. Mimo, że wyszedł spoza obrębu światła nadal szedł przed siebie. Zdawało się, że nikt nie zauważył jak Baekhyun odchodzi, jednak Chanyeol obserwował go póki nie pobiegł za nim. Martwił się o niego. Nie tylko, dlatego że mogło mu się coś stać, ale też martwił się, ponieważ to nie był Baekhyun, którego znał.
 Przez dłuższy czas podążał za nim w ciszy podziwiając jego smukłą sylwetkę z tyłu. Księżyc rozświetlał jego miękkie włosy, w których Chanyeol zawsze chciał zanurzyć palce nie tylko w przyjacielskim czochraniu. Cicha melodia dotarła do jego uszów, kiedy Baekhyun zaczął nucić pod nosem piosenkę, którą obaj bardzo dobrze znali. Uśmiech wpłynął na usta Chanyeola, gdy rozpoznał ją i nie zdając sobie sprawy z tego zaczął nucić wraz, z Baekhyunem, który słysząc go zatrzymał się i spojrzał na Chanyeola ze zdziwieniem, ulga widoczna w jego oczach.
- Co tutaj robisz?- zapytał z nieco drżącym głosem.- Kiedy ty…
- Mamy dzisiaj piękną noc, prawda?- Chanyeol zignorował pytanie Baekhyuna i spojrzał wysoko w gwiazdy. Uśmiech nieco zbladł na jego twarzy.- Unikałeś mnie. Nie wiem, dlaczego. Wiesz, że nie lubię, kiedy niema cię blisko minie, więc czemu?
Baekhyun nie odpowiedział, a Chanyeol czuł jego wzrok na sobie i wiedział, że chłopakowi słowa ugrzęzły w gardle, jak to się często zdarzało. Nie winił go za to. To była jedna z cech, które sprawiały, że Baekhyun był uroczy na swój własny sposób. Cierpliwie czekał aż pozbiera się i w tedy mu odpowie. Nie trwało to długo.
- Lepiej się bawisz z innymi. Nie jestem ci do niczego potrzebny.
W słowach Baekhyuna była gorycz. Chanyeol poczuł ucisk w klatce piersiowej na te słowa i teraz sam zgubił się w słowach, które mógłby powiedzieć. W zamian zbliżył się do Baekhyuna i oplótł go swoimi ramionami, zamykając go w czułym objęciu. Czując ciepło chłopaka przylegające do niego poczuł się szczęśliwy, gdyby tylko… Spojrzał na niego i zobaczył jak Baekhyun wtula się w jego szyję. Teraz zupełnie nie myślał, co robi. Za pomocą uwolnionej wcześniej ręki złapał Baekhyuna za podbródek zmuszając go by spojrzał na niego. Księżyc igrał z cieniami na jego wysmukłej twarzy i odbijał się w jego oczach.
- Jak mogłeś coś takiego pomyśleć? Jesteś jedyny Baek.- pochylił się i złączył ich usta w słodkim, jednak krótkim pocałunku. Uśmiechnął się nieśmiało muskając kciukiem kącik ust Baekhyuna. Baekhyun był jak anioł, dla niego.- Chcę mieć ciebie tylko dla siebie.
- Ja ciebie lubię w sposób, w który przyjaciel nie powinien lubić przyjaciela. Czuję się sfrustrowany z tego powodu.- Baekhyun ponownie wtulił się w Chanyeola czując zapach perfum zmieszany z dymem z ogniska.- Ale jeśli ty też mnie lubisz…
- Nawet nie wiesz jak długo czekałem by trzymać cię tak jak teraz.
Baekhyun tylko uśmiechnął się, a Chanyeol był wdzięczny za odzyskanie przyjaciela i zyskanie znacznie więcej. Te wakacje otworzyły nowy rozdział w ich życiu.