Mijał kolejny nudny weekend spędzony na kanapie przed telewizorem. Z całego
pakietu kanałów, żaden nie oferował godnego uwagi programu, który sprawiłby, że
Joonmyeon przestałby przysypiać, co pięć minut. Nie pamiętał, kiedy ostatnio
zrobił coś pożytecznego dla siebie bądź innych leniąc się całymi dniami. Nawet
praca przestała go satysfakcjonować, jednak to był jedyny powód, dla którego w
ogóle wychodził z domu.
Kuchnia była w stanie nietkniętym od prawie
miesiąca i nie wyglądało na to, żeby cokolwiek miało się zmienić w najbliższym
czasie, a opakowania po jedzeniu na wynos budowały spory stos przy drzwiach.
Zdawało się, że Joonmyeon zapomniał o aurze przytulnego domu, gdzie jedzenie
przygotowane własnoręcznie lepiej smakowało niż to z plastikowych pojemników, a
porządek w mieszkaniu sprawiał, że aż miło było przebywać w nim.
Kiedy się tak zatracił?
Zastanawiał się, czemu on, Kim Joonmyeon,
człowiek, który osiągnął tak wiele w życiu teraz wygląda jak wrak człowieka bez
nowych celów do osiągnięcia, czy zwykłej determinacji by wyleźć rano z łóżka i
ubrać się schludnie tak jak dawniej. Zawsze przyciągał uwagę kobiet, kiedy
kroczył w swym ulubionym garniturze do pracy bądź, gdy zakładał zwykłe jeansy i
sweterek w serek, ponieważ na jego twarzy gościł ten promienny i pełen
życzliwości uśmiech. Bez dwóch zdań miał pieniądze, urodę, sportowy samochód
jednak stracił gdzieś po drodze szczęście i to pozwoliło mu się stoczyć na dół.
Nawet nie uśmiechał się jak kiedyś, a twarz zawsze przybierała pozbawioną
emocji maskę.
Klucz do jego upadku na pewno znajdował się
gdzieś i może jakby go znalazł, mógłby spróbować powrócić na dawną drogę, jako
spełniony człowiek.
W przerwie na reklamy znalazł chwilę by się
podnieść z kanapy i podreptać po raz pierwszy od dłuższego czasu do kuchni.
Pomieszczenie było przestronne i jasne, ponieważ światło wpadało do środka
przez trzy duże okna rozciągnięte na ścianie prostopadłej do tej z wejściem i
rozświetlało jeszcze bardziej biel ścian i mebli. Ciemno brązowe kafelki
tworzyły prosty pattern wraz z mniejszymi, kremowymi układając się na wzór
szachownicy. Po środku kuchni stał blat kuchenny, który pełnił też rolę barku,
chowając w swoim wnętrzu niezliczoną ilość butelek z najwykwintniejszymi
alkoholami świata, którym przeznaczone było pozostanie w zamknięciu przez długi
czas, bądź na zawsze. Joonmyeon nie kwapił się do ich wypicia, woląc zaspokajać
się zwykłą wodą bądź mlekiem. Butelki stały tam by pełnić rolę ozdoby i chluby
mieszkania, kiedy przychodzili goście, nawet, jeśli jakaś została otworzona, to
Joonmyeon był jedynym, który nie rozkoszował się trunkiem.
Szukając po szafkach zakrywających jedną ze
ścian próbował znaleźć kapsułki do ekspresu mając na celu zaparzyć sobie kawę,
jednak za każdymi drzwiczkami nic nie było lub znajdowały się tam
przeterminowane produkty spożywcze. Joonmyeon bał się pomyśleć ile czasu one
tam leżały, zamykając szybko następne szafki i wzdychając ze zrezygnowaniem.
Kolejną próbą było znalezienie zwykłej kawy sypanej, co również okazało się
niepowodzeniem, więc w końcu się poddał i usiadł na kafelkach wpatrując się w
obrazy zdobiące biały kawałek ściany.
Nigdy się im dokładnie nie przyjrzał. Zawsze
był zbyt zapracowany bądź leniwy by poświęcić im chwilę czasu i zastanowić się,
co on w nich widział.
Patrząc na fuzje kolorów, która eksplodowała w
oczach i rozlewała po płótnie miał wrażenie, że odrywa się od ziemi i przesuwa
się pomiędzy smugami farby. Tańczyły one wokół niego i oplatały tęczowymi
wstążkami porywając nagle w objęcia uczucia, które do złudzenia przypominało
szczęście. Obrazy nie przedstawiały niczego konkretnego, a zakupione były u
ulicznego malarza, który zarabiał na swoje utrzymanie. Możliwe, że właśnie ta
prostota dzieła sprawiała, że Joonmyeon poczuł jak jego serce rośnie i powoli
wypełnia się uczuciami, za czym tęsknił już od dawna.
Po dłuższym czasie patrzenia na obrazy,
Joonmyeon w końcu oderwał oczy od nich i utkwił w drzwiach wyjściowych jakby na
coś czekał. W ciągu kolejnych kilku sekund rozległo się donośnie pukanie i
szmery dobiegające zza zamkniętych drzwi. Ciało Joonmyeona poruszało się
automatycznie, bez jego woli i pokonując odległość kilkunastu, dość sporych
kroków znalazł się zaraz przy wizjerze spoglądając na zniekształconą sylwetkę
kuriera. Zazgrzytały otwierane zamki i donośne „mam dla pana list“ doszło do
uszu mężczyzny. Błysk pary czekoladowych oczu przebił się przez cień rzucany
przez nasuniętą na czoło czapkę i równie
szybko zniknął, co się pojawił, kiedy kurier podsunął podkładkę pod nos Joonmyeona
i wcisnął mu w dłoń długopis, by ten złożył podpis. Nie trwało to dłużej niż
minutę zanim sygnatura widniała w polu przeznaczonym na nią, a wtedy
niby-uśmiech wpłyną na twarz kuriera, gdy kąciki ust lekko uniosły się w
momencie, kiedy obrócił się na pięcie i zniknął we wnętrzu windy.
W dłoni Joonmyeona znajdowała się biała
koperta.
---
Gęsta mgła spowiła miasto i unosiła się nisko
nad opustoszałymi ulicami, kiedy drobne krople deszczu spadały z ociężałych
chmur zasłaniających rozgwieżdżone niebo. Mieszkańcy miasta byli pogrążeni we
śnie. Jedynie pojedyncze, nocne zwierzęta były nadal czujne poszukując
jedzenia, a ciche pochuchiwanie sowy dochodziło z pobliskiego parku. Lampy
uliczne były jedynym źródłem światła, a wystarczyłby tylko jeden ruch żeby i
one zgasły i cała metropolia pogrążyła się w ciemnościach aż do świtu.
Wspaniały widok na całą scenerie rozciągał się z najwyższego punktu w okolicy.
Siedząc na dachu wieżowca można było dostrzec nawet najdalsze zakątki miasta,
gdzie życie nie było życiem. Zimne podmuchy wiatru owiewały sylwetkę siedzącą
na krawędzi z nogami przerzuconymi nad przepaścią i zawieszonymi w powietrzu.
Ledwo zauważalny uśmiech wpłynął na jego usta słysząc odgłos kroków
uderzających o mokry beton i od razu rozpoznał ten charakterystyczny rytm.
Wydawało mu się, że zjawił się niezauważony i
mógł od tak po prostu zajść go od tyłu. Może zdawało mu się, że będzie go w
stanie przestraszyć. Kroki stały się niepewne. Zanim barman zdołał dojść do
niego padło pytanie:
- Przekazałeś?
Mężczyzna stanął przy nim odcinając od niego krople
deszczu parasolką.
- Tak. - poprawił czapkę znajdującą się na
jego głowie i spojrzał na zmokniętą postać. - Nie powinieneś tutaj siedzieć.
Zachorujesz.
Sylwetka lekko się zatrząsnęła, kiedy śmiech
wydostał się z gardła mężczyzny. Dźwięk nie przypominał zimnych wydźwięków
często towarzyszących tej czynności, ale tym razem opływał w delikatność i
prawdziwe rozbawienie sprawiając, że kiedy spojrzał na barmana, ten poczuł
ciepło kumulujące się w jego klatce
piersiowej.
- Nie jest mi zimno. Zresztą, czy to nie jest
w twojej mocy by mnie ogrzać? - szeroki uśmiech ozdobił twarz mężczyzny wraz z
iskrzącymi się oczami. Wyglądało jakby mężczyzna zapomniał o swojej masce i
pokazał inną stronę medalu, jednak niemal niezauważalne drgnięcie mięśnia i to
szybko znikło, zastąpione przez nieprzenikalną aurę zbyt często goszczącą na
jego twarzy. - Jutro. Musimy czekać do
jutra.
Zapadła długa cisza towarzysząca im miarowym
oddechom, podczas której oboje pozostali w miejscach jak posągi. Nieświadomie
ręka barmana powędrowała w stronę mężczyzny i przygładziła jego zmoknięte
włosy, delikatnie poruszając palcami jakby ten miał zaraz się rozsypać. Jutro,
mężczyzna wyszeptał i zamknął oczy wdychając świeże, nocne powietrze.
---
Biel otaczała go zewsząd. Białe ściany, biała podłoga
pokryta białym dywanem, białe drzwi. Jedynie czarnobiałe obrazy kontrastowały z
nieskazitelną czystością korytarza. Nawet pracownicy szpitala zakładali białe
uniformy. Ten, który prowadził teraz Joonmyeona miał na sobie spodnie, koszulę
i kardigan, które stapiały się z otoczeniem, a złote litery na jego plakietce
poinformowały Joonmyeona wcześniej o imieniu chłopaka, niż ten się przedstawił.
Musi być nowy, pomyślał Joonmyeon. Nigdy go
tutaj nie widział, a reszta twarzy szpitalnego personelu była mu dobrze znana.
On też był znany pracownikom. Kłaniali mu się w pas pomimo tak wielkiej luki
czasowej w jego wizytach. Kiedy ostatnio tutaj był? Minęło już chyba pół roku.
Sześć miesięcy odkąd go widział. Czuł
się okropnie z tego powodu, ponieważ w ten sposób zaniedbywał swoje obowiązki.
Staczając się zabierał ze sobą szereg ludzi, którzy na nim polegali, a wraz z
nimi tą najważniejszą osobę.
Ale czy był nadal sens przychodzenia tutaj
wiedząc, że to i tak niczego nie zmieni? Wiedział od samego początku, że zostanie
odrzucony, a wiara w cuda dawno się ulotniła. Jednak odpowiadał za niego.
Stanęli przy szklanych drzwiach, przez które
było widać przestronny pokój ze skromnym umeblowaniem, również białym. Była to
świetlica.
- Jest w środku. - powiedział mężczyzna
wskazując głową na drzwi świetlicy. - Niedługo zaczyna codzienną sesję terapii,
więc zostało ci niewiele czasu.
Joonmyeon spojrzał na postać siedzącą w
koncie. Jego oczy były utkwione w kolanach, a ręce zaciskały się kurczowo na
siedzeniu, kiedy głowa poruszała się w takt pewnego rytmu. Nic się nie zmieniło
przez ten czas; ta sama pozycja, to samo miejsce i ten sam rytm. Zanim
Joonmyeon pchnął drzwi, zawahał się na chwilę nerwowo przełykając ślinę. Czy on
nadal go pamiętał? Wkraczając do pomieszczenia zapadła cisza, a wszystkie głowy
zwróciły się w jego stronę, kiedy zbliżał się do postaci w kącie.
Każdy krok odbijał się echem w głowie
Joonmyeona rozchodząc się nierównomiernie w powietrzu przepełnionym napięciem.
Oczy śledzące każdy jego ruch zastygły, a powieki nie mrugały wciąż go
obserwując. Jednak Joonmyeon skupił się na postaci mężczyzny, w kierunku
którego teraz zmierzał. Raz, dwa, trzy. Już tylko centymetry dzieliły go od
niego.
- Hyung? – cichy, drżący głos zaskoczył
Joonmyeona. Ten głos należał do niego ale nie spodziewał się takiego wyrazu
słabości w obecności najbliższej osobie w jego życiu. – Hyung. To ja,
Joonmyeon. Pamiętasz mnie?
Tak jak się spodziewał, zero reakcji. Mimo iż
wynik był przewidywalny i dawno oswoił się z tą myślą, to wciąż rozczarowanie
przyszło i uderzyło go prosto w twarz wyśmiewając nadzieję ukrytą głęboko w
sercu. Mężczyzna tylko bujał się na krześle i wpatrywał w swoje kolana nie
zwracając uwagi na Joonmyeona, w którego oczach malował się ból. – Hyung. –
nic.
Nie mając wyboru usiadł koło niego sięgając
ręką do wewnętrznej kieszeni marynarki. Włożył tam list, który dostał
poprzedniego dnia. List rzekomo został napisany przez jego hyunga, gdyby tak
było, to czy nie zareagowałby on teraz na jego wołanie? Skoro był w stanie
napisać te kilka zdań, prosząc Joonmyeona o odwiedzenie go, to czy nie powinien
wyczekiwać go i kiedy się pojawił, przywitać?
Wszystko wydawało się takie proste z pozoru,
ale zupełnie różniło się od rzeczywistości.
W ciągu godziny nic się nie zmieniło. Oboje
pozostali na swoich miejscach nie wykonując żadnej czynności, patrzyli się
tylko na swoje kolana. W międzyczasie telefon Joonmyeona zadzwonił kilka razy,
ale ten wyłączył go zaraz i żadne telefony z pracy nie przeszkadzały mu w
czasie, który spędzał z bratem. Te ciche chwile spędzone w świetlicy znaczyły
dla niego wiele. Z czasem mógł zauważyć ukradkowe spojrzenia rzucane w jego
stronę i wiedział, że to był czas na zaproponowanie gry.
Wstał i podszedł do pracownika dyżurującego w
świetlicy, o dziwo był to mężczyzna, który przeprowadził go dzisiaj przez
korytarz. Tym razem, Joonmyeon mógł przyjrzeć się mu uważniej i zauważył
pogodny uśmiech goszczący na jego twarzy i błyszczące oczy, które go przywitały,
kiedy poprosił o szachownicę i pionki. Ich integracja odbyła się bez zbędnej
wymiany słów, jakby tamten czytał w myślach Joonmyeona i mógł przejrzeć jego
intencje.
Wracając do brata, czuł jak ten sam przyjacielski
wzrok odprowadza go na sam koniec Sali i pozostaje z nim jeszcze chwilę, póki
nie znika. Joonmyeon był bardzo wyczulony na takie spojrzenia i nie widział nic
złego w oczach mężczyzny. Było to te same współczujące spojrzenie, z którym
spotykał się zawsze, kiedy ludzie dowiadywali się o sytuacji w jakiej znajdował
się jego brat.
Rozkładając szachownicę posłał bratu nieśmiały
uśmiech. Dobrze wiedział jakimi pionkami on się zawsze posługiwał. Zawsze
wybierał białe. Joonmyeon nigdy nie mógł zrozumieć swojego brata, kiedy
chodziło o szachy. Zamiast starać się o zachowanie skoczka, czy królowej, ten
za każdym razem przykładał większą uwagę do zwykłych pionków. Kiedy Joonmyeon
pytał się o powód, on odpowiadał „Gdyby nie pionki, twój goniec zginął by
szybciej. To one chronią najważniejsze figury w grze, pełniąc zarazem jedną z
najważniejszych ról”.
Szach i mat.
Jak zwykle wygrał grę, a na Joonmyeona przyszedł
już czas. Godziny odwiedzin zbliżały się ku końcowi, a na niego czekała jeszcze
zaległa praca. Nieważne jak długo chciałby jeszcze tam zostać, musiał już iść.
Zaczął składać figury do opakowania i wraz z nimi ułożył w nim szachownicę. Nim
jednak zamknął pudełko i oddał je z powrotem pracownikom, żelazny uścisk oplótł
jego nadgarstek.
Zaskoczony Joonmyeon spojrzał na brata nie
spodziewając się takiej reakcji z jego strony. Początkowo myślał, że to był
jego wyraz na przekazanie Joonmyeonowi żeby nie odchodził, jednak po chwili
ogarnęło go jeszcze większe zmieszanie.
- Uratuj go. Uratuj go, proszę. Uratuj Do
Kyungsoo. Uratuj. Wydostań go stąd. – w jego oczach, Joonmyeon mógł dostrzec
szczere błaganie. Wyglądało to tak jakby jego brat powrócił do zdrowych zmysłów,
choć na chwilę. – Uratuj. Proszę.
Joonmyeon już miał mu odpowiedzieć ale głos
pracownika zawołał go i postać mężczyzny w białym kardiganie pojawiła się obok
niego chcąc zaprowadzić do wyjścia. Joonmyeon czuł, że prośba jego brata nie
była tylko omamami, które starszy zazwyczaj miewał, ale stracił szansę o
dopytanie się go o więcej.
Nie zdążył się z nim nawet pożegnać. Nie wiedział,
że to była jego ostatnia wizyta.
Tej samej nocy brat Joonmyeona stał przy
zakratowanym oknie i wpatrywał się w księżyc podziwiając jego blask i krągłość.
Usłyszał jak ktoś wchodzi do jego pokoju, mimo że drzwi były zamknięte na
klucz. Nie odwracając się do przybysza wiedział kim on jest. Wystarczyła sama
jego obecność by wiedzieć.
- Panie, powiedziałem mu. Zrobiłem to, o co
mnie prosiłeś.
- Wiem.
- Zakończyłem swoją misję. Mogę już odejść?
Nie usłyszał żadnych słów, ale szelest i
dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi dał mu odpowiedź.